Miejsce pogrzebania Jezusa. Cz. II.

Jak już jednak wspomniałem postać Józefa z Arymatei najprawdopodobniej wymyślono później, ponieważ chrześcijanom trudno było pogodzić się z myślą, że ciałem Jezusa nikt się nie zaopiekował, że został on pochowany we wspólnym grobie przeznaczonym dla skazańców i nędzarzy. A druga sprawa, jak w takim przypadku można by było „udokumentować” później zmartwychwstanie, zniknięcie ciała ze wspólnego grobu? Do tego celu dużo bardziej nadawał się normalny, skalny, pojedynczy grób, najlepiej jeszcze strzeżony. Wszak chodziło o to, aby uwiarygodnić sam fakt zmartwychwstania, zniknięcia ciała i aby sceneria tego jak najbardziej przemawiała do wyobraźni.

Z kwestia „pogrzebu” wiąże się również i samo miejsce egzekucji. Jeśli Jezus zginął na Golgocie to nie mógł być pochowany nigdzie indziej jak tylko w dole hańby, lub w zbiorowej mogile biedaków. Aby go pochować w normalnym grobowcu trzeba by było przenieść go na drugą stronę miasta. Jeśli egzekucja miała miejsce w pobliżu Góry Oliwnej cmentarz, a więc i grobowiec byłby pod ręką.

Zastanawiające jest, że nic o miejscu pochowania Jezusa i jego zmartwychwstania nie pisze Paweł, autor najstarszych [jak się powszechnie uważa] znanych nam tekstów chrześcijańskich. Tłumaczy się to niekiedy tym, że uczniowie Jezusa, pierwsi wyznawcy, mogli wierzyć, że zmartwychwstał, choćby, dlatego, że mogli go „ujrzeć” powstałego z martwych i do tego nie potrzebowali jego grobu czy zniknięcia ciała. Dopiero później, by wzmocnić wiarę w zmartwychwstanie Jezusa, dodano pogrzeb, zniknięcie ciała i całą resztę. Ale jak już pisałem, wolę zarzucać ewangeliom to, że nie mówią całej prawdy, że są zmanipulowane, że mówią prawdę na swój sposób, niż zarzucać im bezczelne łgarstwo. Pod warstwą przeredagowań, teologicznych dodatków, musi znajdować się jądro prawdy, prawdy zawoalowanej, bo nie wszystko można było wówczas napisać wprost.

Kontynuuj Czytanie

Miejsce pogrzebania Jezusa. Cz. I.

I oto dochodzimy do tego co stało się po śmierci Jezusa, co stało się z jego ciałem? Wg ewangelistów Jezus musiał zostać zdjęty z krzyża i pogrzebany, tego samego dnia, w którym odbyła się jego egzekucja, bo tak nakazuje V Księga Mojżeszowa [Księga Powtórzonego Prawa] XXI; 2223. I pewnie tak to się odbywało, jednakże należy zaznaczyć, że Księga Powtórzonego Prawa mówi o krzyżowaniu zwłok, po np. ukamienowaniu, a nic nie mówi o ukrzyżowanych żywcem. Gdy powstawała nie było po prostu takiego zwyczaju. Dlatego też nic w niej nie napisano o tym, co zrobić z ukrzyżowanymi żywcem? Oczywiście nie chodziło tu o to co zrobić z ciałem, tylko jak się zachować, gdy zapadał, zbliżał się zmrok, a skazaniec jeszcze by żył? Czy miał zostać na krzyżu do rana, a co by było gdyby zmarł w nocy? Gdyby umarli przed świtem to martwy pozostaliby na „drzewie”, a wówczas złamano by Prawo. Póki krzyżowano zwłoki nie było żadnego problemu. Jednak za Hasmoneuszy żydowska praktyka krzyżowania umarłych ustępuje miejsca rzymskiej – ukrzyżowania żywych. Pierwszy uczynił to Aleksander Janneusz w 88 roku p.n.e. Aby wykluczyć możliwość złamania Prawa, wykluczyć przypadki zgonu w nocy, wprowadzono nakaz dobijania skazańców przed zmrokiem.

Prawo nakazywało pogrzebać zwłoki, ale ukrzyżowani byli „przeklętymi przez Boga”, więc gdzie ich grzebano, jak i kto to robił? Flawiusz w Dawnych dziejach Izraela IV; 202 pisze; „Ten, kto bluźni przeciwko Bogu, ma być ukamienowany, a potem powieszony na cały dzień i pogrzebany bez czci i tajemnie”. U Żydów to wykonawcy wyroku ukrzyżowania byli odpowiedzialni za zdjęcie ciała o zmroku i jego pochowanie. Zwłok skazańców nie umieszczano jednak bynajmniej w grobach, lecz w „dołach hańby”. Ich ciała traktowano niczym zwierzęcą padlinę.

Kontynuuj Czytanie

Bóg Ojciec? Cz. IV.

Z problemem, czy Jezus to bóg, czy tylko człowiek, chrześcijańscy „myśliciele” potykali się już w II wieku i trwało to bardzo długo. Biskup Sardes, Meliton zmarły ok. 190 roku, utrzymywał, że Jezus był zarówno Bogiem jak i człowiekiem. To samo twierdził Klemens Aleksandryjski [ok. 150 – ok. 215 rok] w swoim dziele „Słowa zachęty do pogan”. Z kolei Ireneusz [ok. 130 –ok. 200 roku] biskup Lyonu napisał dzieło „Przeciwko herezjom”, w którym potępia tych, którzy uważali Jezusa tylko za śmiertelnika. Już sam tytuł „dzieła” świadczy, że nie było jednolitego i powszechnie akceptowanego poglądu na boskość, osobę Jezusa. To, co dla jednych było herezją dla drugich było ortodoksją i odwrotnie.

Tertulian [ok. 160 – ok. 225 rok] również twierdził, że Chrystus jest bogiem. Logicznym więc jest, że skoro ciągle to podkreślano, dyskutowano o tym, to znaczy, że nie było w tej sprawie konsensusu, że boskość Jezusa długo nie była przez wszystkich wyznawców akceptowana. To z kolei świadczy, iż Święte Teksty nie były w tym temacie jednoznaczne i wymagały „korekty”. Gdyby już pierwotne ewangelie jasno stwierdzały, iż Jezus to dosłowny syn Boga, Bóg, nie byłoby dyskusji, sporów i przekonywania do tego innych.

Z problemem tym męczy się i Orygenes [ok. 185 – ok. 254 roku], który około 225 roku stwierdza, że Jezus był „Bogiem, a stawszy się człowiekiem nie przestał być tym, czym był – Bogiem”. Tylko, gdzie tu miejsce dla jedynego Boga??

Po zapoznaniu się z tekstami „ojców Kościoła” trudno ustrzec się przed wnioskiem, że długo jeszcze nie wszyscy chrześcijanie byli przekonani o boskości Jezusa, nie wszyscy mieli go za SynaBoga. Zwolennicy tej tezy dokonywali wręcz karkołomnych wysiłków, w tym stylistycznych, aby tego dowieść. W końcu przeciwników boskości zaczęto po prostu likwidować.

Kontynuuj Czytanie

Bóg Ojciec? Cz. III.

Stwierdzenie, że „uczniowie wierzyli, iż Jezus jest Bogiem, kimś o wiele większym od śmiertelnego proroka” jest rozbrajające. W takim razie, dlatego go opuścili, uciekli, gdy Go aresztowano [„jest Bogiem to i sam da sobie radę?”], i dlatego z takim zaskoczeniem oraz niedowierzaniem przyjęli wieści o jego zmartwychwstaniu! Przecież, jeśli mieli go za Boga, to bardziej powinni być zaskoczeni jego śmiercią, i to haniebną w oczach ówczesnych ludzi, niż jego z martwych powstaniem? Jak w ogóle Żydzi, a nimi byli wszyscy bez wyjątku apostołowie, mogliby widzieć w nim dosłownego „syna Boga”, nie mówiąc już o tym, aby mieli go za samego Boga, skoro dla nich Bóg był tylko jeden jedyny i niepowtarzalny? Bogiem tym był i jest dla nich Jahwe, nie Jezus! Co ciekawe, nawet dla Żydów mocno zhellenizowanych, ba nawet dla samych Greków, Jezus nie mógł być bogiem!! Czy znacie z greckiej mitologii jakiegoś boga będącego synem boga i śmiertelniczki?! Herkules syn gromowładnego Zeusa, był tylko herosem, co najwyżej półbogiem, ale nie bogiem. Uznając Jezusa za boga, musielibyśmy założyć, że Maria nie była zwykłą śmiertelniczką, ale boginią, prawdziwą Matką Boską, żoną boga Jahwe. Trójca Święta w tym przypadku to nie Bóg Ojciec, Syn i Duch Święty, ale Jahwe, Maria i Jezus [Ojciec, matka i syn]. To byłaby prawdziwa boska rodzina.

Ewentualnie można założyć, iż Maria była tylko zwykłym inkubatorem i biologicznie nie miała z Jezusem nic wspólnego, a więc de facto nie była jego matką! Czyżby dlatego zwracał się do niej nie mamo, mamusiu, tylko niewiasto?

Kontynuuj Czytanie

Bóg Ojciec? Cz. II.

Ktoś może się oburzyć; jak to, wszak w Nowym Testamencie sam Jezus często mówi o Bogu jak o ojcu i zwraca się do niego Ojcze?

Pomijam już, że są to nie tyle słowa Jezusa, co skrybów mu je przypisujących, to na dodatek są one źle rozumiane. Inaczej je rozumieli Żydzi, a inaczej poganie. Dla wszystkich Żydów Jahwe był ich „ojcem”, a oni jego „synami”, ale nigdy w sensie biologicznym. Gdy Jezus mówi o swoim ojcu, który jest w niebie mówi o Jahwe, ale bynajmniej nie uważa się za jego biologicznego syna. W niektórych epizodach, gdy o tym mowa, może nawet mieć na myśli swojego ojca Józefa, a nie Boga. Same stwierdzenia typu „syn Boga”, a właściwie „syn boży”, są w ewangeliach rzadkie i najczęściej nie mają formy stwierdzającej tylko pytającą. Co więcej dużo wskazuje na to, iż są to późniejsze wstawki, bo przeczą im liczne inne fragmenty w tychże samych ewangeliach. Nawet sam ewangeliczny Jezus również nie uważał się za Boga, co wynika choćby z wersetów X; 1718 Ewangelii Marka. Jezus nazwany tu dobrym, odpowiada, –„Czemu mię nazywasz dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko jeden Bóg”.

Pojęcie jednego, jedynego Boga było obce, choć do przyjęcia, dla późniejszych kopistów niebędących Żydami. Dla nich było czymś oczywistym, niczym niezwykłym, że Bóg ma żonę, rodzinę [Zeus, Hera, Atena, Herkules], co z kolei było nie do przyjęcia dla żydów. Dla Greków bogowie byli potężnymi istotami, ale jakby nadal ludźmi i nic co ludzkie nie było im obce. Prowadzili oni życie rodzinne i utrzymywali kontakty ze zwykłymi śmiertelnikami, a wybitne jednostki były przez nich często ubóstwiane – deifikowane. Żydowski Bóg, był niejako na całkiem innym poziomie poznania, egzystencji, nie mógłby spłodzić syna ze śmiertelniczką, mógłby go co najwyżej stworzyć, ale nie byłby on bogiem, a tym bardziej nie byłby mu współistotny.

Egzegeci często dowodzą boskości Jezusa powołując się na jego rzekome wypowiedzi jak ta np. u Jana VIII; 19; „…nie znacie ani mnie, ani ojca mego. Gdybyście mnie znali, znalibyście też ojca mego”.

Kontynuuj Czytanie

Bóg Ojciec? Cz. I.

Chyba dla wszystkich chrześcijan Jezus jest synem Boga, Bogiem? Jednak to przekonanie nie jest niczym uzasadnione! Wysoce wątpliwe jest, aby za takiego [w dosłownym tego słowa znaczeniu] uważał się sam Jezus czy jego uczniowie, apostołowie. Wszyscy oni byli Żydami, może i zhellenizowanymi, ale nawet jako tacy mogli co najwyżej mówić o sobie, jak zresztą o wszystkich Żydach, że są synami Jahwe, w sensie adopcji, wybrania ich przez boga na swój lud. W judaizmie, w przeciwieństwie do innych religii starożytnych, nie ma nawet miejsca na taką postać jak syn boga. Stare Przymierze nigdzie o kimś takim nie wspomina. Bóg w judaizmie jest tylko jeden i inaczej w monoteizmie być nie może. Całe nieporozumienie bierze się z utożsamienia, postawienia znaku równości pomiędzy; „synem bożym”, a „synem Boga”.

W judaizmie [Starym Przymierzu] występują co prawda z rzadka synowie Boga czy raczej synowie boży, ale jest to przenośnia odnosząca się do wszystkich Izraelitów, którzy jako synowie narodu wybranego byli adaptowanymi synami Boga.

Syn boży to osoba, człowiek, wybrany przez Boga do służby dla niego, do wykonania jakiegoś zadania, lub osoba sama poświęcająca się dla Niego. Nie ma tu mowy o żadnym „pokrewieństwie”!! Zresztą tak naprawdę w ewangeliach nigdzie nie znajdziemy „syna Boga”, a jedynie syna Bożego, a to bynajmniej nie to samo!!

Żydzi, zwolennicy Jezusa, nigdy nie zaakceptowaliby go, [w dosłownym znaczeniu], jako syna Boga, ale co innego poganie, dla których niejako rzeczą normalną było posiadanie przez ich bogów potomstwa. Ale i dla nich, Jezus jako zrodzony z kobiety, śmiertelniczki, byłby co najwyżej półbogiem, herosem, nigdy zaś pełnoprawnym bogiem.

Kontynuuj Czytanie

Ostatnie słowa Jezusa na krzyżu i jego zgon. Cz. II.

Na tym jednak nie koniec zagadek, czy nieścisłości.

Żołnierz miał pchnąć Jezusa włócznią w bok, aby sprawdzić czy faktycznie on już nie żyje. Jednakże w tekście greckim użyto na określenie tej czynności słowa nyssein, co oznacza lekkie draśnięcie, nakłucie lub nacięcie, a nie pchnięcie z całej siły, a przecież tylko taki cios mógł spowodować reakcję u nieprzytomnego człowieka! Po takim nyssein, „ciosie”, tym bardziej nie powinna ukazać się „krew i woda”. To tak jakby sprawdzać czy ktoś żyje czy nie, szturchając go nogą. W Wulgacie słowo to [nyssein], błędnie, choć najprawdopodobniej celowo, przełożono na aperire – otworzyć.

Z ewangelicznego tekstu wynika więc, że żołnierz „niedbale”, lekkim pchnięciem, sprawdzał czy Jezus jeszcze żyje! Dlaczego jednak Jan o tym pisze, lub po co miałby coś takiego ewentualnie zmyślać? Co więcej prawdziwość swojego opisu „poświadcza” pisząc, iż „A ten, który to widział, dał o tym świadectwo, a jego świadectwo jest prawdziwe; i on wie, że mówi prawdę, abyście i wy wierzyli” – Jan XIX; 35. Wg mnie to kolejny ukryty przekaz, wyjaśnienie tego co naprawdę się tam stało.

Kontynuuj Czytanie

Ostatnie słowa Jezusa na krzyżu i jego zgon. Cz. I.

Spore znaczenie wierzący przypisują też ostatnim słowom wypowiedzianym jakoby przez Jezusa przed zgonem na krzyżu. Jezus umiera lub traci przytomność zaraz po tym jak podano mu nałożoną na hizop gąbkę pełną octu – Jan XIX; 2930. Zatrzymajmy się przy tym chwilkę i przeanalizujmy tę sytuację. Hizop to niewielka roślina o słabych łodygach, więc wątpliwe jest, aby to jej użyto do podniesienia wilgotnej gąbki do ust skazańca. Najprawdopodobniej mamy tu nieporozumienie, pomylono hyssos [krótki dziryt] z hyssopos [hizop – rośliną]. Trudno sobie zresztą wyobrazić, aby żołnierz mający dzidę, czy włócznię, używał do takiego celu rośliny, czy czegokolwiek innego. Najszybciej użyje do tego celu, to co ma pod ręką czyli hyssos – krótkiego dzirytu, z którego nie opacznie zrobiono hyssopos – roślinę.

Zresztą ewangeliści nie są zgodni co do „narzędzia”, przy pomocy którego podano ową gąbkę z płynem, choć prawdę mówiąc jakie to ma znaczenie? U Mateusza [XXVII; 48] i Marka [XV; 36] mamy trzcinę [kalamos] i ocet, zaś u Łukasza w ogóle brak w/w sceny.

Żołnierze wszystkich epok używali i używają nadal, swojego wyposażenia do różnych czynności, do których nie było ono bynajmniej zaprojektowane. Używa się np. noża jako widelca, czy otwieracza do konserw lub jako śrubokręta. Graniczy, więc z pewnością stwierdzenie, że mając pod ręką dziryt, żaden z nich nie szukałby patyka, trzciny czy czegokolwiek innego, aby dokonać powyższej czynności.

Ów „ocet” to najprawdopodobniej kiepskiej jakości wino z jakimś dodatkiem. Mogłoby to być np. opium, otrzymywane z maku lekarskiego, a dobrze znane i w Palestynie tego okresu.  Spożycie opium może doprowadzić nawet do całkowitej utraty przytomności. Jego głównym składnikiem jest morfina i inny alkaloid – papaweryna. Ta ostatnia ma intensywne działanie rozkurczowe.

Ewangeliści wkładają w usta konającego ostatnie „słowo”, ale nawet tu nie ma wśród nich zgody. Wydaje się, iż owe słowa są tylko ich wymysłem i mają na celu zaprezentowanie jedynie różnych koncepcji teologicznych.

Kontynuuj Czytanie

Umiłowany uczeń. Cz.II.

Wg mnie matki Jezusa tam pod krzyżem nie było, była za to Maria Magdalena, jego żona i umiłowany uczeń, będący w rzeczywistości ich synem, który usłyszałby polecenie zaopiekowania się własną matką, jako najstarszy, jedyny mężczyzna w rodzie. Tylko przy takim założeniu scena ta nabiera sensu i nie jest sprzeczna z późniejszymi wzmiankami o braciach Jezusa. Czy ktoś potrafi bardziej logicznie, przekonywająco wytłumaczyć tę scenę? Wg mnie scena ta to jeden z dowodów na to, że choć opisy z Nowego Przymierza, są prawdziwe, to jednak są zniekształcone i wypaczone poprzez m.in. różne późniejsze teologiczne przeredagowania. Skrybowie przepisujący, kopiujący ewangelie bez problemów mogli zastąpić choćby słowo „syn”, słowem „uczeń”, aby dopasować Jezusa do koncepcji „syna Boga”, który przecież nie powinien mieć syna. Jeśli zaś Jezus miał syna to i żonę. Jeśli nie było syna, tylko ukochana, to Marię Magdalenę zastąpiło w tekście określenie „umiłowany uczeń”. Taką zamianę uzasadniałaby nie tylko teologia, ale np. sprawa jej bezpieczeństwa i mogło to nawet nie wzbudzać żadnych kontrowersji.

Z chwilą zdobywania przewagi w chrześcijaństwie nurtu widzącego w Jezusie Boga, czy też tylko jego syna, musiano „pozbyć się” z tekstów wzmianek o żonie i synu. Zresztą pierwotnie wzmianki o żonie i synu, mogły być usunięte z tekstów, lub podawane w zawoalowany sposób, ze względów na ich bezpieczeństwo, wszak już Wespazjan pragnął wybić wszystkich potomków Dawida.

Przyjęcie założenia, że Jezus miał żonę i syna, doskonale tłumaczy nie tylko ten epizod i umiłowanego ucznia, ale i „nagiego młodzieńca”. Wówczas to po prostu wystraszone dziecko, syn, biegł za aresztowanym ojcem, a późnej to Jezus, jako ojciec, zlecał synowi opiekę nad matką.

Załóżmy jednak, mimo wszystko, że umiłowany uczeń, nie był krewnym Jezusa, był mężczyzną, no może jeszcze młodzieńcem, ale raczej nie był kimś bez znaczenia. Skoro brał udział w Ostatniej Wieczerzy, a nie był apostołem, jednym z dwunastu, to musiał być w takim przypadku gospodarzem domu, w którym miała ona miejsce.

Kontynuuj Czytanie

Umiłowany uczeń. Cz.I.

Omawiając obecność pewnych osób przy ukrzyżowaniu, wypada wspomnieć, przyjrzeć się bliżej postaci obecnej tylko w jednej ewangelii w Ewangelii Jana, powstałej pod koniec I wieku [98-100 rok]. Mowa o postaci „umiłowanego ucznia”. Ewangelia ta różni się dość znacznie od pozostałych i choć uważa się ją za najmłodszą z nich, wielu badaczy sądzi, że jej autor czerpał materiał źródłowy, ze starszego źródła niż te, z których korzystali pozostali ewangeliści.

O „umiłowanym uczniu”, wspomina tylko Jan, nigdy jednak go nam bliżej nie identyfikuje. Można tylko zastanawiać się, czy nigdy nie podał jego imienia i z jakiego powodu, czy też jest to może zabieg późniejszych „poprawiaczy”? Nie mamy też pewności czy zaliczał się on do dwunastu, do apostołów, czy tylko był zwykłym uczniem? Jeśli Jan nie mija się z prawdą i umiłowany uczeń brał udział w Ostatniej Wieczerzy, pomagał Piotrowi wejść do pałacu arcykapłana, był obecny u stóp krzyża, zaopiekował się później matką Jezusa, a na końcu towarzyszy Piotrowi do pustego grobowca, to nie mógł być zwykłym tylko uczniem. Skoro żadne inne teksty o nim jednak nie wspominają, to albo Jan kłamie, wymyślił w jakimś celu ową postać, albo to synoptycy przemilczają ją celowo? Tylko dlaczego Jan miałby w ogóle wymyślać taką postać, po co? I dlaczego uczeń ten zawsze pozostaje anonimowy? Czy nie podaje jego imienia, aby nie można było go zidentyfikować, w trosce o jego bezpieczeństwo, czy w obawie zdemaskowania mistyfikacji? Czy jego imienia Jan nie znał od początku, nie wymieniał, czy może jego imię podał, ale wykasowano je, usunięto z czasem z ewangelii? A może ewangelista nie podał tego imienia, bo nie było takiej potrzeby, gdyż w jego czasach i tak wszyscy wiedzieli, o kogo chodzi? Trudno też nie zauważyć, iż u Jana, uczeń ten, promowany jest na ważniejszego, odważniejszego itd., od Szymona Piotra. I czy na pewno był to mężczyzna ewentualnie chłopiec?

Kontynuuj Czytanie